Kuchnia
Kuchnia klasztorna to oczywiście także kuchnia postna – idealnie pasuje do aktualnie rodzącego się nurtu łączenia wellness z przyjemnością.
Delikatny zapach melisy i bazylii łaskocze nozdrza, a to w tle, sądząc po zapachu to chyba trybulka! Ale najpierw i tak przyjemniej jest popatrzeć, wodzić wzrokiem po ziołach i kwiatach. Bylinowe rabaty zdobiące odtworzony barokowy ogród symbolizują cztery żywioły – ogień, ziemię, wodę i powietrze. Grube mury zapraszają na chwilę spokoju i wytchnienia. Zakonnicy urządzili w Seitenstetten nawet różany labirynt, a w ogrodzie ziołowym hodują lecznicze rośliny, służące do przygotowywania aromatycznych, mieszanych naparów. Ogórki i pomidory nie mają szans im dorównać. Chyba, że później, kiedy znikają codzienni odwiedzający, a warzywa lądują w klasztornej kuchni. Wówczas sprawy wyglądają trochę inaczej i wyraźnie widać, z jaką uwagą i starannością szykowane jest jedzenie.
Część własnych zbiorów przerabiana jest zaraz obok, w należącej do klasztoru suszarni. Soki owocowe produkowane są bez żadnych dodatków – ich smak jest tak czysty, że powracają wspomnienia z dalekiego dzieciństwa, kiedy było się raczonym takimi napojami.
Podkreślanie tego, co zasadnicze – na tym zależało również założycielowi zakonu, św. Benedyktowi. W ramach obowiązujących do dziś Regula Benedicti, ojciec chrześcijańskich zakonów opracował koncepcję dyscypliny i umiaru, której należało podporządkować także jedzenie. Zasady Benedykta wiązały się z bardzo konkretnymi zaleceniami: rezygnacji z mięsa zwierząt czworonożnych, przygotowywania maksymalnie dwóch ciepłych posiłków w ciągu dnia i ograniczenia spożycia wina. Był to również początek kreatywnego podejścia do gotowania, które zamieniło potrzebę dobrowolnych ograniczeń w cnotę. W końcu klasztorna kuchnia nigdy nie była miejscem dla wybrednych.
Podobnie uważał, kilka wieków później, miły gość benedyktynów z Seitenstetten: ojciec Johannes Pausch, przeor klasztoru Gut Aich w St. Gilgen, wydawca rozchwytywanego kalendarza przyjemności klasztornych przysmaków. „Kreatywna asceza“ tak brzmi magiczne hasło podsumowujące zgrabnie tradycję kulinarną w równym stopniu naznaczoną wyrafinowaniem jak i etyką. Tradycję zgodną z duchem czasu.
Produkty oferowane obecnie w różnych przyklasztornych sklepach w całej Austrii są w możliwie najwyższym stopniu naturalne i mają prosty smak. Wśród nich znajdziemy domowe marmolady i soki z jednego gatunku jabłek, delikatne pierniki i świetne owocowe nalewki, chleb kanoników z St. Florian, kiełbasę z jelenia z St. Lambrecht czy też wódkę orkiszową z opactwa Zwettl. Prawie każdy klasztor ma swój specjał.
Niektóre z nich biją swego rodzaju rekordy. Przykładowo „oryginalny tort benedyktyński” z St. Göttweig do dziś produkowany jest według przepisu z roku 1401. Niewielu cukierników może się poszczycić taką tradycją. Mimo wielu różnic widać pewną wspólną linię, łączącą wszystkie klasztorne delikatesy. W tle stale widać wiejską idyllę łąk i lasów brzmiących brzęczeniem pszczół, w których św. Franciszek z Asyżu mógł rozmawiać ze zwierzętami – producentami. Klasztorne jest często synonimem ekologicznego.
Najwyraźniej dobry Bóg nie znosi chemicznych polepszaczy smaku.
Niektóre niebiańskie przysmaki stały się bardziej sławne od samych klasztorów, z których pochodzą. Tak jest własnie w przypadku sera ze Schlierbach.